2016/08/24

Na rowerze przez Irlandię

Post z okropnym opóźnieniem i po długiej przerwie, ale tak to czasami traci człowiek zapał i żyje normalnym życiem, w którym nic ekscytującego się nie dzieje.
Zmotywowałam się jednak i oto piszę, bo wydaje mi się, że warto, Dla samej siebie, aby zapamiętać, że dokonałam czegoś co dla niektórych nie jest żadnym wyczynem, ale dla mnie było nie małym.
W maju udało mi się przejechać 150 km na rowerze w 2 dni.

Sama jazda na rowerze nie była mega ekscytująca. Przeforsowałam sobie kolano i nabawiłam się odcisków na pośladkach. Poza tym jechało się przyjemnie. Co było w tym wszystkim najlepszego to ten spokój, cisza przerywana czasami przez przejeżdżający samochód i natura, która jest wszystkim tym, czego potrzebowałam.
Żyjąc w dużym mieście, mieszkając w jego centrum i pracując w miejscu goszczącym ponad 200 osób każdej nocy zapomniałam już, że poza tym miastem jest pięknie. Zapomniałam, że życie może płynąć wolniej, powietrze może pachnieć nie śmierdzieć i człowiek cieszy się zieloną trawą jak dziecko nową zabawką. Zapomniałam, że można żyć inaczej.
Przejeżdżając przez wiele wiosek spotkałam na swojej drodze więcej krów i owiec niż ludzi. Było to wspaniałą odmianą.

Sporo mam zdjec, niestety moj komputer odmowil posluszenstwa i podzielic sie moge jedynie krotkim filmikiem, ktory przypominal mi bedzie o tym, ze czasami mam szalone pomysly i mam obok siebie kogos, kto zabiera sie za ich realizacje :)


2016/02/29

Włochy - Aosta

Jakiś czas temu wróciłam z pięknych wakacji spędzonych w Alpach. Nawet nie wiem od czego zacząć i o czym napisać. Dlatego może zacznę od początku.

widok na Alpy z samolotu


Pewnego pochmurnego irlandzkiego dnia postanowiłam towarzyszyć mojemu chłopakowi w podróży do jego rodzinnego miasteczka. Problem w tym, że leciał on dnia następnego, ale jak na mnie przystało zrobiłam wszystko bez dłuższego planowania, czyli kupiłam bilet, spakowałam się i następnego poranka wylądowaliśmy w Turynie (o którym powstanie osobny post).
Stamtąd jechaliśmy do Aosty, miasta znajdującego się w północno zachodnich Włoszech. Już podczas podróży samochodem zakochałam się w tym regionie. Ogrome alpy budziły we mnie uczucie spokoju i szczęścia. Świetną odmianą było również słońce, błękitne niebo i suche powietrze.



Tego samego dnia, 30 stycznia, zaczęły się coroczne obchody święta La Fiera di Sant'Orso. Legenda głosi, że jest to tysiącletnie święto. Rozpoczęło się ono w kościele Sant'Orso, gdzie święty Ursus wykonywał drewniane buty dla najbiedniejszych mieszkańców doliny. Obecnie jest to duże święto w centrum miasta. Pełne folkloru, muzyki i stoisk z ręcznie wyrabianymi produktami. Podczas dwóch dni tego święta do miasta przybywa kilka milionów ludzi.








W nocy z 30 na 31 stycznia odbywa się Veilla. W dialekcie regionu oznacza to 'przebudzony'. Tej nocy ludzie bawią się i piją grzane wino, które oferowane jest na stoiskach za darmo. Dawniej rodzimi producenci otwierali również swoje piwnice, w których można było spróbować ich wyrobów. Niestety w dobie kryzysu wstęp do piwnic jest płatny lub trzeba mieć zaproszenie. Na ulicach nie brakuje tańców i śpiewów. Ja sama spożyłam sporo grzanego wina i wydawało mi się, że świetnie mówię po włosku (dla wyjaśnienia, moja znajomość tego języka kończy się na podstawowych zwrotach i przekleństwach).



Każdego dnia wychodząc z domu doznawałam szoku patrząc na to jak blisko mnie znajdują się ogromne góry. Moją ulubioną z tych otaczających miasto jest Pila, gdzie również stawiałam swe pierwsze kroki w narciarstwie. Nie ma nic lepszego niż stok z widokiem na Mont Blanc i słońcem grzejącym Cię w plecy. Pamiętam jak lata temu starałam się nauczyć jeździć na nartach, ale po pięciu minutach popłakałam się i postanowiłam jechać do schroniska, gdzie spędziłam cały dzień czytając Harrego Pottera. Tym razem postanowiłam być odważna i pokochałam ten sport. Poza tym mój chłopak okazał się być świetnym i cierpliwym nauczycielem :)

mój palec znajduje się na szczycie Mont Blanc :)


ja narciarka w kurtce starszej ode mnie o jakieś 10 lat :D

W samej Aoście znajduje się sporo romańskich zabytków. Robią one piękne wrażenie i nadają miasteczku tajemniczego klimatu. Niestety ciężko się czegoś o nich dowiedzieć, bo tylko te najważniejsze posiadają tabliczki z opisami w językach włoskim i francuskim (drugi język regionu). Ja oprócz własnego tłumacza mam też mapę Aosty z krótkim przewodnikiem w języku angielskim, gdzie można przeczytać słów kilka na temat każdego z zabytków.

Aosta jest głownym miastem doliny, ale znajduje się tam kilka małych wiosek, które wydają się być bardzo klimatyczne. Pierwszą jaką odwiedziłam była St Vincent, znana głownie ze swojego kasyna, do którego przyjeżdżają gwiazdy i piłkarze. Obok kasyna znajduje się hotel, w którym mieszkała ekipa filmowa kręcąca ostatnich Avengersów. Nagrywali oni w znajdującym się niedaleko stamtąd zamku.

Co do zamków, to znajdziecie ich tam dziesiątki. Przejeżdżając przez dolinę znajdują się one po każdej stronie drogi. Są to małe i urocze zameczki, budowane tam przez wielkich lordów szukających zysków. Przez dolinę bowiem prowadziła jedyna droga handlowa z Francji do Włoch. Posiadając tam ziemie lordowie pobierali opłaty za przejście przez ich posesje od każdego kupca.

Wracając do małych wiosek, jedną z moich ulubionych, ze względu na atrakcje jaką oferuje jest Pre-Saint-Didier. Znajdują się tam termy, w których udało mi się spędzić cały dzień. Termy te oferują kryte i otwarte baseny z termalną wodą, jacuzzi, sauny, pokoje relaksacyjne i wiele innych. Podczas całego wyjazdu mieliśmy niezwykłe szczęście do pogody. Leżąc w odkrytym basenie zaczął padać śnieg. Wyglądało to niesamowicie z otaczającymi nas górami i drzewami.

Wybraliśmy się również do małej miejscowości Courmayeur, Przypominała mi ona trochę Zakopane. Od razu widać, że jest to bardzo turystyczne miejsce. Z miejsca tego niedaleko do tunelu łączącego Włochy z Francją. Miejscowość ta położona jest u stóp Mont Blanc. Był to jedyny dzień kiedy pogoda spłatała nam figla i Mont Blanc w całości schowała się za mgłą.

Niestety nie posiadam wiele zdjęć, którymi mogę się podzielić. Uwieczniałam głównie rodzinę i znajomych.


takie cuda można spotkać tylko w górach
co się dzieje z ludźmi, kiedy widzą prawdziwy śnieg pierwszy raz od daaaawna  :)

najwyższy most w Dolinie Aosty, znany niestety jako most samobójców
pół litrowe puszki Coli, czy tylko mnie zaskoczyły?




2016/01/22

Co lubię i czego nie lubię w Irlandii.

Dużo ostatnio myślę o tym, co lubię i czego nie lubię w Irlandii. Coraz częście wydaje mi się, że więcej jest rzeczy, których nie lubię, ale to chyba tylko dlatego, że  skupiam się na nich bardziej. Postanowiłam więc napisać listę tych fajnych i niefajnych aspektów życia tutaj.

Co lubię w Irlandii:

1. Multikulturowe społeczeństwo.
 Uważam za fantastyczne mieszkanie w mieście, w którym spotkać mogę ludzi z każdego zakątka świata. Uwielbiam dowiadywać się ciekawostek o różnych krajach i ich obywatelach. Dużo można się przez to nauczyć. Dodatkowo łączy nas bycie imigrantem, a nikt nie zrozumie Cię lepiej niż ktoś, kto również zmienił otoczenie.

2. Bądź kim chcesz, rób co chcesz, noś co chcesz. 
Ludzie są pod tym względem naprawdę otwarci i nigdy nie spotkałam się z wyśmiewaniem kogoś dlatego, że wygląda inaczej, rzuca się w oczy, albo na odwrót. Nie ważne czy jesteś szczupły czy nie, ludzie i tak powiedzą Ci, że ta sukienka jest "lovely on you". Bedąc osobą homoseksualną możesz spacerować za rękę ze swoim partnerem i ludzie będą się do Was uśmiechać, albo w ogóle nie zwrócą na to uwagi, bo przecież to normalne. Możesz też zatrzymać się przy jakimś ulicznym grajku i zacząć tańczyć/śpiewać, jeśli masz na to ochotę. Prawdopodobnie ktoś do Ciebie dołączy.

3. Łatwo znaleźć składniki innych kuchni, lub restauracje oferujące inne kuchnie w niewygórowanych cenach. Możesz ugotować sobie coś zupełnie nowego za podobne pieniądze jakie wydałbyś na obiad, który jesz 5 razy w tygodniu, bo nie wiesz co ugotować.

4. Skoro już o kuchni mowa to podobne pieniądzy wydamy niezależnie od tego czy odżywiamy się zdrowo, czy fast foodami (oczywiście jest to też zależne od umiejętności planowania i wydawania).

5. Prawo konsumenta jest po stronie konsumenta i jest ono bardzo respektowane.
Kupiłaś bluzkę, ale jednak jej nie chcesz? Wróć z paragonem i ją oddaj. Kupiłeś plecak i ułamał Ci się w nim po miesiącu zamek? Żaden problem, wróć z paragonem i go oddaj lub zamień na coś innego. Nikt nie będzie próbował udowodnić Ci, że to Twoja wina. Tutaj naprawdę staraja się zadowolić klienta i kierować słynnym "klient nasz pan". Oczywiście ludzie często tego nadużywają, ale to już sprawa ich sumienia.

6. Obchodzenie świąt wszelakich.
Irlandczycy bardzo lubią świętować i najmniejsza okazja jest dobra. Wychodzą oni wtedy na ulice i bawią się wszyscy razem. Wspaniale jest to obserwować, jeszcze lepiej w tym uczestniczyć. Najlepiej jeśli wszyscy się poprzebierają zgodnie z tematem święta.

7. Tanie loty po Europie.
Bardzo łatwo jest je wyszukać. Czasami z kilkudniowym, a czasami z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Kiedy już je znajdujemy, najczęściej stać nas na taki wyjazd przy minimalnej krajowej.


Czego nie lubię w Irlandii:

1.Pogoda.
Jestem czcicielką Słońca i nic nie poradzę. Wolę najgorszy upał od jakiegokolwiek chłodu. W zeszłym roku na przykład nawet lato tutaj było chłodne. Dlatego też jedynym dobrze wspominanym przeze mnie momentem w lecie były moje wakacje na Sardynii (nawet okropne poparzenia słoneczne nie zepsuły mojego nastroju i wspomnień). Dobrze znoszę jedynie zimę, bo wiem, że w tym momencie w Polsce sypie śnieg, a tutaj tylko wieje i naprawdę zimno było przez tydzień.
Poza tym nigdy nie wiem jak powinnam się ubrać. Za oknem może być całkiem ładne błękitne niebo, ale nie przekłada się to na temperaturę.

2. Junkies & Knacers (czyt. dżunkis end nakers)
Ćpuny i złodzieje. Zło największe. I może dużo osób powie, że jestem nietolerancyjna, ale jak można tolerować dawanie sobie w żyłę w środku miasta? Jak można tolerować to, że ktoś wchodzi do sklepu, kradnie, ty wiesz, że on ukradł, on wie, że Ty wiesz, ale się z Ciebie śmieje, a Ty nie za bardzo możesz cokolwiek zrobić. Dziwi mnie bardzo podejście Irlandczyków, którzy nadal wrzucają tym ludziom drobne do kubeczka po kawie i tłumaczą ich na różne sposoby. Zawsze zastanawiam się co musiało się stać, że ci ludzie skończyli w ten sposób.
Za każdym razem, kiedy opuszczam Dublin i wracam po kilku dniach/tygodniach pierwszą rzeczą jaką słyszę jest "any change".
Jest tutaj też dużo bezdomnych, da się jednak rozpoznać osobę zbierającą drobne na narkotyki po głosie i specyficznych rysach twarzy, które zmieniają się pod wpływem brania owych narkotyków.
A co do 'nakersów', to lepiej nie zapuszczać się na ich tereny.

3. Komunikacja miejska.
Co prawda obecnie korzystam z niej bardzo rzadko i całe szczęście. Dublin, stolica dobrze rozwijającej się Irlandii. Dwie linie tramwaju (budują trzecią! jupi! w końcu z jednej do drugiej nie trzeba będzie spacerować 15 minut). Co prawda są pociągi, ale to też nie wszędzie. No i masa autobusów, których rozkładów nie sposób odczytać. Dlatego jeśli wybierasz się w jakieś miejsce, a nie masz internetu, żeby sprawdzić trasę i autobus to ciężko to wróżę. Nie wiem dlaczego nie ma tutaj czegoś jak nazwy przystanków, które pomogłyby niezorientowanej osobie w odnalezieniu swojego punktu docelowego. Nie ma też stałych godzin odjazdów, więc na autobus wychodzimy w ciemno. Chyba, że mamy aplikację w telefonie, która pokazuje nam za ile minut przyjedzie nasz autobus. Nie raz jednak korzystając z niej przegapiłam swój autobus, bo aplikacja pokazywała, że będzie on za 10 minut, ja sprawdzałam godzinę i ustalałam, że mam 10 minut, a autobus przyspieszał/nie zatrzymywał się na przystankach po drodze i na moim przystanku był za 4 minuty.
Poza tym często wybierając się w jedno miejsce musimy przesiadać się po drodze i tym sposobem tam, gdzie dojechanie samochodem zabiera 20 minut, autobusem dojeżdżamy w 2 godziny. Wspomniałam już, że bilety są okropnie drogie?

4. Godziny otwarcia wszystkiego.
Sklepy odzieżowe otwarte są do godziny 18/19. Nie ubolewam nad tym specjalnie, bo za zakupami nie przepadam, ale czasami człowiek pracuje cały dzień, chciałby po pracy kupić skarpetki, których potrzebuje i nie ma gdzie.
Sklepy spożywcze mają się tutaj nieco lepiej. Tańsze zamykane są ok. 20/21, droższe 22/23.
Apteki zamykane są mniej więcej w tym samym czasie co odzieżowe, czyli 19. Jest kilka aptek, które dumnie piszą o sobie "late night pharmacy", a w tym kraju oznacza to otwarte do maksymalnie 21, przy czym najdłużej otwarta apteka w mieście (z tego co się nie mylę, to do 23) znajduje się daleko od centrum i jeśli nie posiadasz samochodu, to możesz pomarzyć o zakupach w niej. Zupełnie niedawno miałam okropną potrzebę zakupu kropli do nosa (alergia nie pozwalała mi oddychać) i niestety nie udało mi się nic znaleźć. W Irlandii nie ma aptek całonocnych. Nie ma apteki, która pełniłaby dyżur. Nic z tych rzeczy.
Kluby, puby, bary. Przyszedł piątek i chciałbyś pobawić się jak nigdy dotąd? Masz urodziny i chciałabyś zorganizować imprezę? Okej, ale licz się z tym, że z klubu wyproszą Cię o godzinie 3. Nie ważne, czy dopiero zacząłeś dobrze się bawić i nie ważne, że w klubie znajduje się tysiąc osób. DJ wyłącza sprzęt, obsługa gasi światło i dobranoc.
Jest 22, skończyłeś właśnie pracę i chciałbyś wpaść na domówkę do znajomych? Nie masz piwa/wódki/wina? Niestety, już go nie kupisz. Po godzinie 22 sprzedaż alkoholu jest zabroniona i dostaniemy go jedynie w pubie.

Patrzę tak teraz na ten post i co prawda punktów o rzeczach, które lubię jest więcej, ale te o drugie są dłuższe.  Podejrzewam, że stało się tak gdyż, tak jak pisałam na początku, myślę o tym dużo za dużo. Jakby jednak nie było, uważam Irlandię za ciekawy i warty do poznania kraj, więc nie myślcie sobie, że jest tutaj okropnie. Dużo ludzi uwielbia tutaj być i żyć, więc musi to o czymś świadczyć.
Pozdrawiam Was serdecznie i do napisania :)

2016/01/11

Strzelnica

Zastanawiasz się co kupić chłopakowi (albo i dziewczynie) jako prezent urodzinowy lub gdzie wybrać się w wolny dzień? Jedną z moich propozycji będzie strzelnica.

Sama wybrałam się tam z moim chłopakiem, który kocha wszystko co związane z wojskiem i militariami. Bawiłam się równie dobrze jak on.
Znalazłam strzelnicę ASG (Air Soft Gun - babskim językiem: broń wygląda jak prawdziwa, ale strzela małymi kulkami), która oferuje strzelanie z pistoletu, broni maszynowej i łuku.



Pierwszą bronią był łuk. Czułam się troszkę jak Katniss z The Hunger Games. Sam łuk nie był specjalnie ciężki (chociaż do najlżejszych też bym go nie zaliczyła), ale po paru strzałach bardzo czułam ramiona. Prawdopodobnie związane jest to z moim brakiem mięśni w tej partii ciała. Naciąganie go również nie było wielkim wyzwaniem. Wyzwaniem było celowanie. Trzeba się nieźle nagimnastykować, aby wystrzelić prosto. Na szczęście jestem urodzonym strzelcem :)
Łuk był zdecydowanie naszym faworytem.



Następnie próbowaliśmy swych sił z bronią maszynową. Była ona przyjemna w obsłudze, a celowanie i strzelanie było aż za proste. Mieliśmy jednak frajdę, bo mogliśmy się wyżyć na metalowych blaszkach, do których celowaliśmy i nawet czasami wydawało nam się, że gramy swego rodzaju melodię.



Na samym końcu przyszedł czas na pistolet. Nie polubiłam tej broni ze względu na częstą potrzębę jej ładowania, które zajmowało trochę czasu i nie należało do najłatwiejszych czynności. Podobało mi się w nim to jak ciężko było wycelować i musiałam się przy tym natrudzić. Rzecz w tym, że samo celowanie nie byłoby najgorsze, gdyby nie fakt poruszania się przy wystrzale, który ma duży wpływ na tor jakim poleci nasza kuleczka.

nasze cele
Zdecydowanie chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić. Idealne miejsce, aby spędzić swój dzień wolny. Szczególnie zimą, kiedy szukamy rozrywki niewymagającej przebywania na zewnątrz.


2015/12/20

Kartki i życzenia świąteczne



Co roku, w okolicach października, zaczynam czuć ekscytację z okazji zbliżających się świąt. Dlaczego tak wcześnie? Ponieważ wtedy pojawiają się pierwsze ozdoby świąteczne (serio, serio, w tym roku pierwsze zauważyłam 4 października). I tak cieszę się jak dziecko, że prezenty i pierogi, aż nadchodzi grudzień. Najgorszy z najgorszych miesiąców. Pogoda okropna, dużo pracy, dużo sprzątania, dużo zakupów, dużo kolejek, dużo ludzi, więcej kolejek i więcej ludzi, no i mniej pieniędzy. I tak ekscytacja świętami mija. Mimo wszystko staram się przeżyć to wszystko cierpliwie, nie robiąc nikomu krzywdy. Są jednak ludzie, którym brakuje troszkę pokory, dlatego też napisałam kilka kartek świątecznych, dla osób, które potrzebują ich najbardziej.


1. Drogi zakupowiczu (czy takie słowo w ogóle istnieje?)! Jeśli oglądasz jakąś rzecz w sklepie, ale jednak nie chcesz jej kupić, odłóż ją tam gdzie jej miejsce, bo być może ja lub inna osoba chcemy ją kupić, ale przez Ciebie nie możemy jej znaleźć. Piszę to również jako osoba pracująca w sklepie, który 10 minut po otwarciu wywrócony jest do góry nogami przez osobników takich jak ty. Wesołych Świąt

2. Kochana Pani Grażynko! Jeśli czeka Pani na Halinę, która stoi w kolejce, niech będzie Pani na tyle miła i stanie sobie gdzieś po boku, a nie po środku sklepu/chodnika/gdziekolwiekpanistoi z tysiącem reklamówek dookoła, co skutecznie uniemożliwia przejście innym ludziom. Smacznego karpia życzę.

3. Szanowny Panie Andrzeju! Proszę zrozumieć, że skoro święta i szał prezentów, to kolejki i brak towaru. Pragnę zauważyć, że wyżywanie się na osobach pracujących w usługach nie zmieni sytuacji i nie przyspieszy kolejki, ani nie zmaterializuje tego co tam się Panu marzy zakupić. W przyszłym roku sugeruję robić zakupy troszkę wcześniej, skoro taki Pan niecierpliwy. Rodzinnych świąt Bożego Narodzenia.

Czy Wy też macie osoby, do których chcielibyście napisać specjalne życzenia? Dzielcie się nimi w komentarzach.

Wesołych i rodzinnych świąt życzę!



do mnie Mikołaj już przyszedł :)

2015/12/12

Przeprowadzka do Irlandii

Dzisiaj troszkę o tym jak przeprowadziłam się do Irlandii, czy szybko znalazłam pracę i mieszkanie oraz jak mi się tutaj żyje.

Przeprowadziłam się w kwietniu tego roku, ale byłam już tutaj wcześniej. Pierwszy raz dwa miesiące wakacji w 2013 roku. Przez większość czasu miałam piękną pogodę, ale zero znajomych. Byłam bardzo nieszczęśliwa z faktu, że muszę zostać tutaj dwa miesiące, kiedy moi znajomi w Polsce jeździli wspólnie na wakacje. Nie pracowałam i wróciłam do Polski pod koniec sierpnia.
Kolejnym razem przyleciałam na całą zimę. Pracowałam, poznałam kilka osób i spodobało mi się tutaj. Musiałam jednak wrócić na kilka tygodni do Polski, zostałam tam na dłużej i zmieniłam zupełnie swoje życiowe plany. Przyjechałam znowu na wakacje, aby zarobić troszkę pieniążków, przed rozpoczęciem studiów. Okazało się, że pogoda jaką zapamiętałam jako lato tutaj, była anomalią i normalnie wcale ciepło nie jest.
Tak to jednak jest, że jak raz zaczniesz zarabiać więcej, to ciężko powrócić do zarabiania mniej, jeśli wiesz, co zrobić, żeby zarabiać jak wcześniej. Dlatego też porzuciłam studiowanie w Polsce i już na dobre powróciłam do Irlandii.

Przyjeżdżając tutaj miałam dużo wsparcia ze strony mojej siostry. Mieszkałam u niej, nie musiałam martwić się o rachunki i byłam pewna, że jak coś nie wyjdzie, mam kogoś, kto mi pomoże. Podziwiam ludzi, którzy przeprowadzają się do innego kraju nie znając nikogo.
Aby zacząć tutaj pracować potrzebny jest nam PPS number, jest to coś jak nasz numer PESEL. Aby taki numer dostać wybieramy się do Social Welfare Local Office. Musimy mieć coś lub kogoś kto potwierdzi, że faktycznie tutaj mieszkamy. Jeśli wynajmujecie mieszkanie jest to jakiś rachunek z Waszym imieniem. Możecie po prostu iść z osobą, z którą mieszkacie i ma ona rachunki na swoje nazwisko. Na pewno istnieje tysiąc postów na różnych forach opisujących ten proces. Ja rachunków na swoje nazwisko nie miałam, ale jak już wcześniej wspomniałam, mam tutaj rodzinę, więc zajęło mi to godzinkę stania w kolejce.
Pierwszą pracę znalazłam przez agencję. Dużo tutaj takich agencji pracy, w których się rejestrujemy, a jeśli znajdą coś dla nas, dzwonią i jedziemy do pracy. Problem jedyny w tym, że nigdy nie wiemy, czy akurat ta praca dla nas będzie, a jeśli już będzie, to na jak długo. Plusem jest to, że nie koniecznie musimy posługiwać się językiem angielskim. Pracowałam tak tylko, kiedy przyjechałam tutaj na wakacje i nie było sensu szukać czegoś na kilka tygodni. Nie wyobrażam sobie pracowania w ten sposób na dłużej. Głównie dlatego, że nie rozwijałam tam siebie. Większość moich byłych współpracowników to polacy, a mi zależało na szlifowaniu angielskiego. No i nie była to najprzyjemniejsza praca pod słońcem, ale lepsze coś niż nic.

Język angielski to kolejna rzecz, o której ludzie często mają inne wyobrażenie. To, że uczysz się języka kilka lat w szkole w Polsce, nie oznacza, że przyjedziesz tutaj i zrozumiesz wszystkich (akcent), a nawet jeśli zrozumiesz to na początku zawsze jest ta bariera, którą musimy przełamać. Ja nazwyczajniej w świecie wstydziłam się mówić po angielsku, bo bałam się, że popełnię jakiś błąd i zostanę wyśmiana. Na szczęście wśród wszystkich, z którymi pracowałam miałam dziewczynę z Litwy, która była jedyną w moim wieku i tak oto zaczęłam rozmawiać.
Znam osoby, które przyleciały tutaj nie znając języka w ogóle, a teraz rozmawiają super płynnie i nie mają z tym żadnych problemów. Najważniejsza jest chęć. Bardzo dobrym pomysłem jest dołączenie do klas języka angielskiego, w których mamy studentów z różnych krajów. Chcąc nie chcąc czegoś się nauczymy.
Znam też osoby, które mieszkają tutaj kilka lat, a nadal po angielsku ani me, ani be.

Kiedy przyleciałam tutaj na stałe w tym roku priorytetem było dla mnie znalezienie stałej pracy, która pozwoli mi na jak najszybsze usamodzielnienie się. Jako dziecko szczęścia znalazłam pracę dwa dni po wysłaniu kilku cv w internecie. Nie była to praca moich marzeń, ale liczyły się pieniądze.
I znowu, jeśli wydaje Ci się, że przylatując tutaj znajdziesz pracę marzeń, gdzie zarabiał będziesz krocie, jesteś w błędzie. Jeśli jednak znajdziesz stałą pracę, możesz być pewien, że starczy Ci na życie i możesz coś oszczędzić.
Możliwe jest też znalezienie pracy marzeń, ale zazwyczaj wymaga to od nas wyższego wykształcenie, doświadczenia lub ogromnego talentu (jak wszędzie zresztą).

Miesiąc po znalezieniu przeze mnie pracy znajomi zwolnili mieszkanie w centrum i wprowadziłam się tam z moim chłopakiem. Mieliśmy super szczęscie, bo bardzo ciężko jest teraz znaleźć przyzwoite mieszkanie, a już w ogóle ciężko znaleźć jakiekolwiek mieszkanie w przyzwoitej cenie. A nam udało się znaleźć fajne mieszkanko, w dobrej cenie i lokalizacji, tylko dla nas. Dużo słyszę od znajomych, którzy wynajmują pokój, czy też szukają nowego mieszkania o wygórowanych cenach za łóżko w salonie.

Może żyje się tutaj łatwiej, ale nie jest to łatwiej jakie wyobraża sobie wiele osób. Na pewno przeprowadzka tutaj pomogła mi dorosnąć i być dorosłym odpowiedzialnym za siebie. Poznałam też wiele osób, z różnych, często odległych krajów. Poznałam wiele kultur i tradycji. I to chyba lubię najbardziej. Widzieć te wszystkie różnice pomiędzy ludźmi i dowiadywać się, jak tak naprawdę są podobni do siebie.

Wkrótce troszkę o samym życiu tutaj.

2015/12/08

Szkocja - Edinburgh



 panorama z zamku

Po trwającej ok. 1h 20 min podróży dostaliśmy się do stolicy Szkocji. Z okna autobusu wydawała mi się ona być szarym i depresyjnym miasteczkiem, ale szybko przekonałam się, że to tylko pogoda. Na dworcu autobusowym zakupiłam mapę i ruszyliśmy do hotelu. Dzieliło nas od niego jakieś 15 minut spacerkiem. Tym razem było to bed&breakfast St Bernards House Hotel. Dostaliśmy klimatyczny pokoik na poddaszu, z bardzo ładnym widokiem na ogródki. Jedynym rozczarowaniem było śniadanie dnia następnego. Nie wiedzieć czemu byłam pewna, że będzie to scottish breakfast, a było to jedynie śniadanie kontynentalne. Bułeczki i croissanty były nieświeże i jakoś tak niezbyt przyjemnie się tam jadło. Przy okazji Pan z recepcji nie zrobił najlepszego wrażenie prawie krzycząc na nas, że najpierw musimy za śniadanie zapłacić, ponieważ nie jest ono w cenie (zapłaciłam za nie przy rezerwacji, a Pan tego nawet nie sprawdził).

więcej widoczków

Po pozostawieniu bagaży w hotelu ruszyliśmy w drogę powrotną do centrum. Pech chciał, że po 5 minutach złapała nas okropna ulewa i zanim dobiegliśmy do przystanku oddalonego 20 metrów od nas byliśmy zupełnie mokrzy. Postanowiliśmy skorzystać z komunikacji miejskiej i tutaj zaczęły się problemy. Aby skorzystać z takiego autobusu musimy mieć monety na bilet, a my posiadaliśmy w tym momencie jedynie banknoty. Postanowiliśmy przejść się po sklepikach pytając czy ktoś rozmieni nam 10 funtów, abyśmy mogli kupić bilety dzienne. Pierwszy na naszej drodze był sklep z nabiałem, panie ekspedientki poinformowały nas, że pieniądze rozmieniają w banku. Nie zniechęceni przeszliśmy do drugiego sklepiku, w którym to już nie tak uprzejmie przekazano nam tą samą informację. Postanowiliśmy spróbować w starbucksie, tam przynajmniej mają coś, co możemy kupić jeśli nie mogą rozmienić nam pieniędzy. Na szczęście udało się od razu. Historia powtórzyła się następnego dnia wieczorem, kiedy musieliśmy kupić bilety na lotnisko i mieliśmy równe 10 funtów na bilety, więc kupienie czegokolwiek łączyło się z wypłaceniem kolejnych pieniędzy z konta. Do tej pory nie wiem, dlaczego tak ciężko rozmienić tam pieniądze (dużo łatwiej je znaleźć, 20 funtów w sumie).

Koszt dziennego biletu normalnego to 4 funty. Biorąc pod uwagę liczne zabytki nie do końca wiem czy warto w ogóle wydawać te pieniądze, skoro mogliśm przespacerować się 20 minut i przy okazji zobaczyć coś ciekawego. Na pewno bilet jest dobrym pomysłem kiedy zastaje się taką pogodę, jak my, czyli ulewę trwającą 6 godzin. Niestety, nawet poruszając się kuminikacją na najdłuższych odcinkach, przemoczyło nas do suchej nitki i odchorowałam swoje przez kolejny tydzień.

to zdjęcię oryginalnie zatytułuję "na zamku"

Naszym pierwszym celem był zamek, ponieważ to jemu chcieliśmy poświęcić najwięcej czasu. Gdybym jednak mogła przewidywać pogodę, odłożyłabym zwiedzanie go na dzień następny, a dzień pierwszy spędziłabym w Camera Obscura. Dlaczego? Zwiedzając zamek nadal byliśmy narażeni na ten okropny deszcz, podczas przemieszczania się z jednego budynku do drugiego.
Bilet upoważniający nas do zwiedzania to 19 funtów plus 3 funty za audio przewodnik. Czy korzystać z audio przewodnika? Powiem Wam, że sama użyłam go może 4 razy, więc można sobie podarować tę przyjemność. W każdym miejscu, o którym opowiada audioprzewodnik jest tabliczka z opisem. Jeśli nie chce nam się czytać są tam również osoby pilnujące eksponatów, które posiadają wiedzę na ich temat i chętnie odpowiedzą na nasze pytania. Audioprzewodnik nie jest dostępny w języku polskim.
Na zamku najbardziej podobało nam się muzeum wojenne oraz insygnia koronacyjne, które mają ciekawą historię za sobą.




Od zamku ciągnie się Royal Mile, na której znajdziemy wiele atrakcji. Zaraz na początku wspomniana już wcześniej Camera Obscura. Świetnie spędzone kilka godzin. Bilet kosztuje 12 funtów. Kolejka zajeła nam 20 minut, ale zdecydowanie było warto. Po wyjściu z tego świata iluzji było mi smutno, że to już koniec. Wtedy jednak okazało się, że to nie koniec.

Jeśli jesteś fanem Harrego Pottera, spodoba Ci się tam na pewno. Nieopodal zamku znajduje się coffee shop, w którym to J. K. Rowling napisała pierwszą książkę. Miejsce nazywa się Elephant House i jest wiecznie zatłoczone, ale bardzo przyjemne. Można tam napić się herbaty, kawy, zjeść lunch czy też ciastko. W toalecie tysiące podpisów fanów z całego świata.
Kilka metrów dalej szkoła, na której autorka wzorowała się tworząc Hogwart, George Heriot's School.
I najmroczniejsze miejsce na liście, Greyfriars Kirkyard. Stamtąd Rowling pożyczyła sobie kilka imion dla postaci. Udało nam się znaleźć grób Thomasa Riddle (udało nam się również spotkać dwie osoby biorącę heroinę).



Skoro już przy Greyfriars Kirkyard jesteśmy to nie mogłabym zapomnieć o Bobbym. Był to piesek, którego historia jest znana wszystkim w Szkocji. Spędził on 16 lat po śmierci swojego pana, pilnując jego grobu, aż sam zmarł tam ze starości. Na rogu dwóch ulic, zaraz przed cmentarzem, znajdziemy jego pomnik.

Bobby

Najfajniejszą ze wszystkich rzeczy jąką widzieliśmy w Edinburgh był Christmas Market. Serio, największy i najbardziej świąteczny, ze świątecznych marketów. Super klimat, aż skakać się chciało z radości. Czułam się tam jak małe dziecko na myśl o świętach. Market składa się z czterech poziomów i można znaleźć tam wszystko. Jedzenie, picie, prezenty i wesołe miasteczko dla dzieci. Mega zabawa, nawet dla dorosłych.




Najpierw w muzeum wojennym, a później w parku znalazłam akcent polski. Szkoci zaznajomieni są z historią misia Wojtka :)


I tak oto przyszło nam pożegnać Edinburgh i Szkocję. Tramwajem z centrum miasta dostaliśmy się na lotnisko, a stamtąd prosto do równie zimnego Dublina.

2015/12/04

Szkocja - Glasgow

Jak się tam dostać? Jak poruszać się po Glasgow? Co zobaczyć?



Do miasta Mackintosha dostałam się samolotem z Dublina. Bilety kupiłam w pięknej cenie: 11 euro Dublin-Glasgow, 15 euro Edinburgh-Dublin. Wylecieliśmy o świcie i ciężko było nawet poczuć, że się przemieszczamy, ponieważ cała podróż trwała ok. 45 minut od chwili wejścia do samolotu. Brak turbulencji (które dziwnym trafem mnie lubią) uprzyjemnił ten czas i tak oto znalazłam się w kraju pełnym przesympatycznych ludzi z akcentem, którego zrozumienie wymaga porządnego wsłuchania się w osobę mówiącą.

artystyczne zdjęcie z samolotu, z widokiem na Glasgow

Jeśli zamierzamy poruszać się po mieście autobusem opłaca nam się zakupić całodniowy bilet FirstDay, dzięki któremu dostaniemy się z lotniska do centrum autobusem 500 oraz możemy do woli jeździć autobusami firmy First przez cały dzień. Koszt takiego biletu to 17 funtów dla dwóch osób (9 funtów dla jednej osoby, jeśli się nie mylę). Jeśli wracamy z tego samego lotniska warto zakupić return ticket. Koszt dziennego biletu firmy First (nie uwzględniającego przejazdu z/do lotniska) to 4,30. Istnieją również bilety kilkudniowe, bilety na autobus sightseeing, bilety rodzinne, bilety pozwalające nam korzystać również z metra itd. Podaję tutaj informację o tych, które były najlepszą opcją dla mnie. Przesympatyczna pani w informacji turystycznej na lotnisku (to tam kupujemy bilety) pomaga w wyborze najlepszej opcji. Wręczyła nam również krótkie przewodniki po Glasgow i Edinburgh, które zawierają małe mapki centrum oraz adresy najważniejszych punktów. Jako maniak map wszelkiego rodzaju zakupiłam tam też mapę miasta.
Po zaopatrzeniu się w bilety i mapy wsiedliśmy do autobusu, który zatrzymuje się zaraz przed głównym wejściem lotniska. Autobus 500 odjeżdża co 10 minut, a przejazd do centum zajmuje ok. 15 minut. Złapiemy tam również darmowe wi-fi, polecam bardzo, jeśli mamy w naszym telefonie google maps czy coś takiego, ponieważ możemy obserwować gdzie dokładnie się znajdujemy i na którym przystanku najwygodniej nam wysiąść.
Naszym przystankiem był ten na Queen Street. Jest to samo centrum miasta, kilka kroków od George Squere, gdzie zatrzymuje się nasz autobus do hotelu.

świąteczne Glasgow Eye na George Square

Pierwsze wrażenie? JAK TUTAJ JEST ZIMNO!
Jak szybko wyskoczyłam z autobusu, tak szybko chciałam do niego wrócić. Spodziewałam się, że najcieplej nie będzie. Mieszkam w kraju, który raczy mnie wiatrem i deszczem przez większość czasu, ale jakoś tak inaczej odczuwałam zimno w Szkocji. Szybko ulokowaliśmy się w narożnej kafejce, aby zjeść jakieś śniadanko i nawet w środku wydawało mi się, że zamarzam. Rozglądając się po ulicy nie mogłam zauważyć nikogo, kto reagowałby tak jak ja. Ludzie w rozpiętych kurtkach, z szalikami niedbale zawieszonymi na szyi. Zapewne w kieszeni mieli butelkę whiskey, bo jak inaczej to wytłumaczyć.

Po śniadanku, o ile śniadaniem nazwać można pączka, przyszedł czas, aby dostać się do hotelu i pozostawić tam nasze bagaże. Pobyt zarezerwowałam w Clifton Hotel, znajdującym się w całkiem ładnej dzielnicy West End. Była to najtańsza opcja spośród hoteli, które miały opinię całkiem przyjemnych, a dodatkowojest on położony w dogodnym miejscu. Dojazd autobusem do samego centrum zajmuje ok. 20 minut. W kilka minut dotrzemy pieszo do University of Glasgow, Kelvingrove Art Gallery and Museum czy Ashton Lane. Sam hotel nie był specjalnie wyszukany, ale czysty i ciepły (wyobraźcie sobie to szczęście, kiedy po kilkugodzinnym zwiedzaniu wracacie do cieplutkiego pokoiku). Nasz pokój był malutki i miał okropny widok, a raczej go brak, ale jakoś nie było nam z tym specjalnie źle, ponieważ wracaliśmy tam długo po zachodzie słońca. Mieliśmy własną łazienkę z wiecznie gorącą wodą. Przywykłam już, że wszystkie te wyspiarskie kraje zazwyczaj korzystają z boilerów w mieszkaniach i trzeba poczekać z godzinkę czy dwie zanim się woda nagrzeje i człowiek się może umyć, więc przyjemność brania prysznica w hotelu była trzy razy większa. W cenie mieliśmy również śniadanko, scottish breakfast* i takie podstawowe cuda jak płatki i tosty, co było moją ulubioną częścią pobytu.

wieża University of Glasgow ;) 

Co do zwiedzania to widzieliśmy dużo i niedużo. Nie za bardzo lubię chodzenie po muzeach i galeriach, a to ich to zobaczenia jest najwięcej. Moim ulubionym rodzajem zwiedzania miasta jest po prostu spacerowanie po nim. Być może zwiedziłabym również i muzea, ale musiałabym mieć na to więcej czasu niż dwa dni jakimi dysponowałam w Glasgow. Oczywiście nie jest ze mną tak najgorzej i odwiedziłam najważniejsze dla miasta miejsce jakim jest Glasgow City Chambers. Dwa razy dziennie mają tam darmowe zwiedzanie z przewodnikiem, który opowiada troszkę o historii miejsca i jego przeznaczeniu. Widziałam również University of Glasgow, ponieważ kocham Harrego Pottara, a uczelnia ta wygląda jak moje wyobrażenia Hogwartu. Tak sobie myślę, o ile przyjemniejsze musi być studiowanie w tak klimatycznym miejscu. Ashton Lane było nam po drodzę podczas spacerowania do uniwersytetu, ale było wtedy około godziny 10 rano, więc uliczka była pusta i nie miała tego klimatu. Kelvingrove Art Gallery and Museum zrobiło na mnie większe wrażenie na zdjęciach w internecie. W drugą stronę było z Necropolis, które na zjęciach wygląda świetnie, ale nie sposób opisać jakie wrażenie robi na żywo. Było mi smutno, że złapał nas okropny deszcz i nie spędziliśmy tam więcej czasu. Obok Necropolis znajduje się Katedra, która specjalnie się dla mnie nie różni od innych katedr, ale na pewno nie jeden znawca sztuki czy religii potrafiłby wytłumaczyć mi co odznacza ją na tle reszty. Zobaczyliśmy mały, ale przeuroczy świąteczny market, Duka Wellington z pachołkiem na głowie oraz śpiewającego jegomościa bez koszulki.

kolejne artystyczne zdjęcie, tutaj Kelvingrove museum w kałuży

mali modele, których poznałam na świątecznym markecie

o niektórych można powiedzieć, że mają nasrane 

pana po prawej stronie można znaleźć również po lewej, jak się dobrze przypatrzymy


Co ciekawe Szkoci troszkę jak Polacy. Tak jak u nas ludzie z Krakowa i Warszawy za sobą nie przepadają, tak tam podobnie z ludzmi z Glasgow i Edinburgh.

Do stolicy Szkocji dostaliśmy się autobusem, który jest połowę tańszy od pociągu, a podróż trwa prawie tyle samo. Przejazd umilało nam krzyczące dziecko, którego matka miała to tak bardzo gdzieś jak to tylko możliwe.

spotted

*Scottish breakfast w Szkocji jest dokładnie tym samym co English breakfast w Anglii i Irish breakfast w Irlandii. 

2015/12/01

Blog

Prowadziłam różne blogi lata świetlne temu. Byłam wtedy małą dziewczynką, blogosfera była czymś nowym, a onet zasypany był blogami o High School Musical, który to film oglądałam nałogowo kilka razy w tygodniu. Pisałam wtedy swoje opowiadania o bohaterach wspomnianego wcześniej filmu, później opowiadania o zupełnie zmyślonych postaciach, kilka razy próbowałam prowadzić internetowy pamiętnik, ale zbyt bardzo bałam się, że ktoś z moich znajomych/rodziny go przeczyta.
Przez moment zaczęłam nawet uczyć się obsługi Adobe Photoshop CS2*. aby uświetniać swoje blogi ładnymi nagłówkami i obrazkami.
80 % mojego czasu wolnego spędzałam wtedy na czytaniu i tworzeniu blogów**. Odkrywałam blogosferę, kiedy ta dopiero się budowała. Pomagała połączyć ludzi zainteresowanych jednym tematem. Każdy tu był równy i mógł się udzielić. Nie musiałeś czekać na swoją kolej, żeby powiedzieć co myślisz. Za to uwielbiam blogi i vlogi.
Dlatego też postanowiłam powrócić do blogowania. Jest mi z tego powodu bardzo miło.

Do usłyszenia,
Magda

* Była to wwtedy najnowsza wersja programu. Mówiłam, że lata świetlne temu.
**  Pozostałe 20% na graniu w simsy prawdopodobnie.